Lipiec pod Namiotem cz.3
Środa, 14 lipca 2010
· Komentarze(1)
Kategoria Lipiec pod Namiotem
Najbardziej wyczerpujący dzień wyprawy. Pełen przygód i nieoczekiwanych zwrotów akcji.
Wstałysmy względnie rano. Niestety nie miałyśmy żadnego prowiantu na drogę. To nic, przecież na pewno po drodze będzie jakiś sklep! Niestety było inaczej.
Pierwsze 15km to las, piach, kamienie. Wymęczone jazdą z sakwami i całym ekwipunkiem po tych wertepach marzyłyśmy tylko o bułce i kabanosie. To nie był jednak koniec atrakcji na ten dzień. Kochany GPS(zwany Mariolą) zaprowadził nas... DO RZEKI! Pani Mariola spokojnym głosem potwierdzała : "Prosto". A my stałyśmy osłupiałe przed płynącą rzeczką... Odwrotu nie było. Cofać się 15km i umierać z głodu, lub przejść i trafić wreszcie na jakiś sklep. Wody było po kolana. Najpierw przeprawiłyśmy rowery, potem bagaże. Ja szłam w SPDkach, Syra na boso!!! Takie rzeczy nie zdarzają się codziennie...
Musiałyśmy jednak jechać dalej... Po paru kilometrach tabliczka wskazywała "Bronowo 7". Fakt, trochę daleko, ale najważniejsze to dotrzeć do sklepu. Po 7 kilometrach, ucieszone widokiem tabliczki "Bronowo" zaczęłyśmy rozglądać się za sklepem. Co się okazało, sklep ma przerwę od 12 do 15. Czekać 2h nie było warto, ruszyłysmy dalej. Głodne i zmęczone wreszcie dotarłyśmy do jakiegoś sklepu. Od 9 do 14 nie jadłyśmy nic, po za tym jazda po terenie jest o wiele bardziej męcząca.
Najadłyśmy się bułami, pizzerkami, kabanosami i batonami. Ah, to było uczucie :D
Dalsza droga przebiegała bez większych kłopotów. Na miejsce dojechałyśmy koło 18. Przywitali nas kuzynka z chłopakiem. Potem był grill, piwko. Nareszcie jesteśmy nad morzem! :-)
Rzeczka...

Bieda contessa zażywa kąpiel rzeczną

Ahhh...
Wstałysmy względnie rano. Niestety nie miałyśmy żadnego prowiantu na drogę. To nic, przecież na pewno po drodze będzie jakiś sklep! Niestety było inaczej.
Pierwsze 15km to las, piach, kamienie. Wymęczone jazdą z sakwami i całym ekwipunkiem po tych wertepach marzyłyśmy tylko o bułce i kabanosie. To nie był jednak koniec atrakcji na ten dzień. Kochany GPS(zwany Mariolą) zaprowadził nas... DO RZEKI! Pani Mariola spokojnym głosem potwierdzała : "Prosto". A my stałyśmy osłupiałe przed płynącą rzeczką... Odwrotu nie było. Cofać się 15km i umierać z głodu, lub przejść i trafić wreszcie na jakiś sklep. Wody było po kolana. Najpierw przeprawiłyśmy rowery, potem bagaże. Ja szłam w SPDkach, Syra na boso!!! Takie rzeczy nie zdarzają się codziennie...
Musiałyśmy jednak jechać dalej... Po paru kilometrach tabliczka wskazywała "Bronowo 7". Fakt, trochę daleko, ale najważniejsze to dotrzeć do sklepu. Po 7 kilometrach, ucieszone widokiem tabliczki "Bronowo" zaczęłyśmy rozglądać się za sklepem. Co się okazało, sklep ma przerwę od 12 do 15. Czekać 2h nie było warto, ruszyłysmy dalej. Głodne i zmęczone wreszcie dotarłyśmy do jakiegoś sklepu. Od 9 do 14 nie jadłyśmy nic, po za tym jazda po terenie jest o wiele bardziej męcząca.
Najadłyśmy się bułami, pizzerkami, kabanosami i batonami. Ah, to było uczucie :D
Dalsza droga przebiegała bez większych kłopotów. Na miejsce dojechałyśmy koło 18. Przywitali nas kuzynka z chłopakiem. Potem był grill, piwko. Nareszcie jesteśmy nad morzem! :-)
Rzeczka...

Bieda contessa zażywa kąpiel rzeczną

Ahhh...


