Już nawet nie mam słów, żeby opisać polską kolej...
Kambodża, syf, salmonella, tłok, masakra...
Już chyba z 10 raz korzystałam z PKP podróżując razem z rowerem. To była zdecydowanie najmniej przyjemna podróż ze wszystkich. Po pierwsze cena biletu: 41 zł za przejazd ze Sławna do Bydgoszczy Po drugie miejsca siedzące: brak miejsca dla rowerów: brak Po trzecie konduktor: myślałam, że wyrzuci nas z pociągu za to, że nie ma miejsca w ostatnim wagonie na rowery, a my zajmujemy środkowy. Po czwarte: co chwilę ktoś chodził po moim rowerze Po piąte: pani w okienku sprzedała mi bilet z 3-godzinną przesiadką i musiałyśmy uraczyć pana konduktora łapówą, żeby wszystko się zgadzało i mogłyśmy wejść do wcześniejszego pociągu.
Czy naprawdę nie można sprywatyzować tej cholernej kolei?
41zł za 5h męki. Dziękuje bardzo.
Jednak co dodać trzeba. Cała wyprawa nad morze, późniejsze wylegiwanie się na plaży i możliwość przetestowania się w warunkach polowych zaliczam do naprawdę bardzo udanych! :-)
Najbardziej wyczerpujący dzień wyprawy. Pełen przygód i nieoczekiwanych zwrotów akcji.
Wstałysmy względnie rano. Niestety nie miałyśmy żadnego prowiantu na drogę. To nic, przecież na pewno po drodze będzie jakiś sklep! Niestety było inaczej.
Pierwsze 15km to las, piach, kamienie. Wymęczone jazdą z sakwami i całym ekwipunkiem po tych wertepach marzyłyśmy tylko o bułce i kabanosie. To nie był jednak koniec atrakcji na ten dzień. Kochany GPS(zwany Mariolą) zaprowadził nas... DO RZEKI! Pani Mariola spokojnym głosem potwierdzała : "Prosto". A my stałyśmy osłupiałe przed płynącą rzeczką... Odwrotu nie było. Cofać się 15km i umierać z głodu, lub przejść i trafić wreszcie na jakiś sklep. Wody było po kolana. Najpierw przeprawiłyśmy rowery, potem bagaże. Ja szłam w SPDkach, Syra na boso!!! Takie rzeczy nie zdarzają się codziennie...
Musiałyśmy jednak jechać dalej... Po paru kilometrach tabliczka wskazywała "Bronowo 7". Fakt, trochę daleko, ale najważniejsze to dotrzeć do sklepu. Po 7 kilometrach, ucieszone widokiem tabliczki "Bronowo" zaczęłyśmy rozglądać się za sklepem. Co się okazało, sklep ma przerwę od 12 do 15. Czekać 2h nie było warto, ruszyłysmy dalej. Głodne i zmęczone wreszcie dotarłyśmy do jakiegoś sklepu. Od 9 do 14 nie jadłyśmy nic, po za tym jazda po terenie jest o wiele bardziej męcząca. Najadłyśmy się bułami, pizzerkami, kabanosami i batonami. Ah, to było uczucie :D
Dalsza droga przebiegała bez większych kłopotów. Na miejsce dojechałyśmy koło 18. Przywitali nas kuzynka z chłopakiem. Potem był grill, piwko. Nareszcie jesteśmy nad morzem! :-)
Kolejny dzień wyprawy. Oczywiście zamiast o 7, obudziłyśmy się o 9 :D Składanie namiotu, śniadanie na trawce, poranna toaleta. Zajęło też około godziny.
Tym razem droga prowadziła na około jeziora charzykowskiego, przez Funkę i Małe Swornegacie. Później wiele innych malutkich jeziorek. Już pod koniec tego etapu na niebie zaczęły zbierać się czarne chmury. No nic, trzeba jechać. Na miejsce kolejnego noclegu(tym razem mała agroturystyka) dotarłyśmy mokre i głodne. Przez około pół godziny czekałyśmy pod wiatą na gospodarzy domu. W końcu pojawili się, poczęstowali herbatą, a nawet ciepłym rosołem!
Jednak wciąż był problem. Burza szalała na całego a my póki co bez dachu(tropiku) nad głową. Na szczęście choć na chwilkę przestało padać i zdążyłyśmy się rozbić. Namiot nie przemókł, w środku było cieplutko.
Nie poszłyśmy jednak spać! Rodzina gospodarzy zaprosiła nas do gry w pokera, jedliśmy kiełbaski z grilla. Klimat był niesamowity! Około północy poszłyśmy spać...
12 lipca o 5.30 obładowane sakwami, namiotami, karimatami i wszelkim potrzebnym sprzętem ruszyłyśmy... nad morze, a konkretnie do Rusinowa. Wycieczkę rozplanowałyśmy na 3 dni(jechałyśmy we dwójkę-Ja i Syra), tak aby przetestować własne możliwości dźwigając cały ekwipunek.
Pierwszy etap przeszedł gładziutko. Już na pierwszym postoju szczęście się do nas uśmiechnęło i zostałyśmy poczęstowane świeżutkimi rogalami z piekarni. Nic tylko pedałować. Dzień był bardzo upalny, toteż przez dobre 3 godziny wylegiwałyśmy się na ławce w Chojnicach. Ludzie tylko troszkę się na nas dziwnie patrzyli...
Pierwszy nocleg nie obszedł się bez małych problemów. Okazało się, że będąc niepełnoletnimi nie bardzo możemy skorzystać z pola namiotowego. Zamieszanie trwało kilkanaście minut, po czym dostałyśmy upragnione miejsce na trawce i zimną wodę w prysznicu.
Razem z Syrą już w poniedziałek ruszamy na podbój Borów Tucholskich i wybrzeża Bałtyku. Dziś jeszcze ostatnie przygotowania, zakup smaru, kasku dla Syry, rękawiczek.